Bohemian Rhapsody – szlachectwo zobowiązuje. Czyli dlaczego ten film jest tak dobry, skoro jest tak zły

Bohemian Rhapsody – szlachectwo zobowiązuje. Czyli dlaczego ten film jest tak dobry, skoro jest tak zły

W moim życiu nie było z pewnością filmu, którego bardziej bym wyczekiwał. Od momentu, w którym dowiedziałem się, że taki obraz powstanie, byłem więc do niego nastawiony emocjonalnie. W końcu Queen to nie tylko nieodłączna część mego życia od ponad 27 lat, ale także największa (nie tylko muzyczna) pasja, której zawdzięczam w ogromnej mierze miłość (przekładającą się także na życie zawodowe) do muzyki w ogóle – jako najpiękniejszej ze sztuk. A dlaczego tak myślę o muzyce? Ponieważ muzyka, jak żadna inna dziedzina sztuki, pobudza wyobraźnię odbiorcy, zachęca do dyskusji i daje różnorodne możliwości interpretacji. No właśnie… Słowo „interpretacja” wydaje się też kluczowe w kontekście filmu, który dotyczy przede wszystkim muzyki. W dodatku muzyki stworzonej przez zespół Queen, jakże nam bliskiej.

Bohemian Rhapsody, bo o tym obrazie oczywiście mowa, jest bowiem nie tylko filmem o Freddiem Mercurym (przede wszystkim) i zespole Queen. W równej, a może nawet większej mierze jest filmem o Ich muzyce. Niektórzy pewnie w tym momencie przestaną czytać dalej, uznając, że piszę głupoty lub, w najlepszym wypadku, banały. Przecież to oczywiste, że skoro film traktuje o, dla wielu, największym artyście wszech czasów i trzech innych wybitnych muzykach, którzy wspólnie z nim tworzyli (znów – dla wielu) najlepszy zespół w historii muzyki rozrywkowej, to siłą rzeczy muzyki musi dotyczyć! Niby tak, ale czytając liczne recenzje fanów-ekspertów, odnoszę wrażenie, że takie oczywiste się to dla nich nie wydaje… A ponieważ sam, bez fałszywej skromności, uważam się za fana-eksperta przewyższającego wiedzą przeciętnego wielbiciela Queen, postaram się wyjaśnić, dlaczego z większością moich „koleżanek i kolegów po fachu” nie zgadzam się w ocenie tego filmu. To nie będzie recenzja Bohemian Rhapsody (napisałem już takie dwie na Facebooku i sądząc po liczbie reakcji na nie, uważam, że wielu z Was je czytało). Nie będę też filmu oceniał w typowo analityczny lub przesadnie artystyczny i emocjonalny sposób. Nie będę analizował zawiłej historii jego powstania, czy też technicznych detali produkcji. Nie będę pastwił się nad niektórymi, naprawdę karykaturalnymi błędami faktograficznymi i chronologicznymi w obrazie. Postaram się jedynie spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule.

Kadr z filmu Bohemian Rhapsody – scena w studio nagraniowym

Zacznę od początku i… od końca jednocześnie. Bohemian Rhapsody to nie tylko, moim zdaniem, najlepszy utwór (nie tylko muzyczny) wszech czasów i moja ulubiona kompozycja, ale przede wszystkim (w kontekście tego tekstu) tytuł filmu, o którym tu mówimy. Czy naprawdę nie widzicie już tu żadnego znaku, że muzyka ma być na pierwszym planie? A teraz coś z zapowiedzianego końca. Kilkunastominutowa, kapitalnie odtworzona scenograficznie, niemal rekonstrukcja występu Queen podczas Live Aid. Słyszałem i czytałem liczne opinie, że to było: nudne; niepotrzebne; pokazane tylko dlatego, że twórcy filmu nie umieli tego zrekompensować akcją czy dialogami; pokazane tylko po to, by wybitną muzyką przykryć miałkość i powierzchowność filmu, a zwłaszcza osoby Freddiego. A ja się z tym kompletnie nie zgadzam! I tu właśnie znów warto przypomnieć słowo klucz: interpretacja. Ja tę najdłuższą i jedną z najlepszych scen w filmie zinterpretowałem w taki sposób, że bez względu na to, co było przedtem (naprawdę lub nie) w przeszłości bohaterów filmu, to muzyka jest tu najważniejsza i jej należy poświęcić najwięcej miejsca! Dla mnie to było bardzo czytelne przesłanie… Dlaczego napisałem, że koncert na Wembley był jedną z najlepszych scen? Ponieważ za najlepsze uważam te związane z procesem powstawania płyty A Night at the Opera. I nie mam tu na myśli tylko naprawdę świetnie pokazanej sceny nagrywania Bohemian Rhapsody (choć oczywiście w mocno uproszczony sposób, ale w filmie fabularnym nie da się oddać złożoności tworzenia czegoś tak genialnego jak utwór tytułowy filmu. Ba! Nie da się też tego oddać w żadnym, nawet najlepszym dokumencie!), ale całość myślenia o tej płycie: od pomysłu, poprzez jej rozmach i dyskusję na jej na temat z fikcyjnym (choć inspirowanym prawdziwą postacią) Ray Fosterem, na kłótni o wybór singla spowodowanej niezrozumieniem potencjału Bo Rhap przez Fostera kończąc.

Kadr z filmu Bohemian Rhapsody – scena konferencji prasowej

Do muzyki oczywiście jeszcze wrócę, ale teraz chwilę poświęćmy innemu zagadnieniu, temu, które z pewnością wzbudza najwięcej kontrowersji, czyli sposobowi przedstawienia członków Queen. Oczywiście głównie Freddiego, bo to on (poza muzyką oczywiście) był główną postacią, ale także Briana Maya, Johna Deacona i Rogera Taylora. Wielu z Was uważa, że nie został w tym filmie wyeksponowany i podkreślony apetyt na życie i hedonizm Freddiego. Owszem, nie został. I Bogu dzięki. Został on bowiem subtelnie zasygnalizowany. Jak dla mnie, w zupełnie wystarczający sposób. Być może niektórzy chcieliby oglądać seksualne orgie, alkoholowe libacje czy narkotykowe szaleństwa, ale ja nie. Niemniej gdybym nie wiedział, że one wszystkie były u Freddiego na porządku dziennym, to ten film i tak by mi to uzmysłowił! Konferencja prasowa po wydaniu Hot Space, kolaż z wojaży Mercury’ego po gejowskim półświatku Monachium, wizyta Mary Austin w pokoju pełnym alkoholu i „dragów”, czy zwłaszcza wywiad z Paulem Prenterem przecież o tym wszystkim wyraźnie mówią i jednoznacznie pokazują, że to miało miejsce! A że nie jest to pokazane aż tak bardzo (bo jednak przecież trochę jest) wprost? Każdy może sobie dopowiedzieć, wyobrazić, zwizualizować. Na tym przecież polega też magia kina. A poza tym… Wyobraźmy sobie, że jednak ta rozwiązłość i balansowanie na granicy zostało pokazane wprost, to teraz z pewnością podniosłyby się głosy, że to skandaliczne, że Freddie został pokazany jako uzależniony od seksu i zabawy zepsuty grzesznik, a skupiono się na jego życiu prywatnym zamiast na genialnych zdolnościach. Pomijam też, że film był nie tylko dla dorosłych. Każdy dojrzały widz powinien umieć dopowiedzieć sobie pewne rzeczy niepokazane wprost. Ja umiałem.

Kadr z filmu Bohemian Rhapsody – Kenny Everett i Freddie Mercury, 1975 r.

Wyobraźcie teraz sobie film fabularny o The Rolling Stones. Gdyby chciano go zrobić zgodnie z prawdą, to chyba większość co wrażliwszych widzów wyszłaby z niego po 15 minutach! Przecież ich kariera i styl życia to wcielenia hasła „sex, drugs & rock’n’roll”, które zresztą, według choćby autobiografii Keitha Richardsa, najlepiej miało się w latach 60. (to im poświęcił prawie pół książki), zatem powinno być to intensywnie pokazane na początku filmu! Taki obraz byłby wtedy dobry, bo prawdziwy? Czy fani Stonesów chcieliby takiego „hołdu” dla swych bohaterów? Zastanówcie się nad odpowiedziami na te pytania.

To był film o Queen. Jej królewską mość należało więc pokazać dostojnie. Z szacunkiem, na jaki sobie zasłużyli.

Kwestia druga, moim zdaniem ważniejsza w wizerunku Freddiego, to jego jednoczesna, pozornie sprzeczna, pewność siebie, przebojowość, radość życia przy jednoczesnej dużej empatyczności, wrażliwości i wręcz nieśmiałości. Przecież Freddie łączył te wszystkie cechy! Owszem w filmie zostało to potraktowane trochę powierzchownie. Ale na Boga, to była przecież 135-minutowa fabuła, w której czasie musiało się zmieścić mnóstwo tematów! Uważam więc, że wizerunek Freddiego został oddany dobrze. Zostały podkreślone wszystkie cechy główne, które go charakteryzowały (no, może poza wyrafinowanym gustem i hojnością, choć i w tym wypadku było mrugnięcie okiem dla fanów-ekspertów we fragmencie, w którym Freddie żartuje, że zawsze będzie utrzymywał Mary). Być może przesadnie zostało pokazane w obrazie to, jak podatny był na wpływ innych i stosunkowo łatwy do manipulacji, a także momentami bardzo samotny, ale z drugiej strony tego, jak to naprawdę wyglądało, tak do końca przecież nie wiemy. Pokazana za to świetnie została, nieznana większości laików, wielka miłość naszego idola do kotów.

Kadr z filmu Bohemian Rhapsody – scena w studio nagraniowym

Dobrze zostały przedstawione role pozostałych muzyków. Poza Rogerem. Gwylim Lee swoim „temperamentem”, sposobem poruszania i mówienia czy barwą głosu znakomicie imitował Briana. Niewiele gorzej wypadł grający Johna Deacona Joseph Mazzello, który też trafnie oddał połącznie bystrości, zmysłu obserwacji przy jednoczesnym pewnym wycofaniu, którym John się charakteryzował. Ben Hardy grający Rogera też miewał przebłyski (np. podczas rejestracji Bohemian Rhapsody), ale jego wizerunek playboya kochającego kobiety i samochody został pokazany za bardzo schematycznie, a sam aktor nie pomógł scenariuszowi.

Co ważne i o czym już pisałem wielokrotnie w innych miejscach, w filmie wszyscy (no, może poza znów Rogerem, bo jego I’m in Love with My Car jest w filmie wręcz wyśmiane; z drugiej strony ta scena pokazuje ogromny dystans Taylora do samego siebie; można i powinno się jednak choćby wspomnieć o tym, że napisał świetnie w filmie wyeksponowane Radio Ga Ga) muzycy w filmie pokazani są jako uzdolnieni kompozytorzy. Najbardziej skorzystał na tym wizerunek Johna, bo nie dość, że w obrazie wyeksponowane są jego trzy największe hity (You Are My Best Friend, Another One Bites the Dust, I Want to Break Free), to jeszcze pojawia się nawet wzmianka o moim „ulubionym” Spread Your Wings. To tylko pokazuje to, co pisałem i mówiłem od początku: w filmie jest podkreślona zespołowość Queen.

Odrębnie wypada napisać o odtwórcy roli Freddiego. Rami Malek ma być może gorsze warunki fizyczne od początkowo przymierzanego Sachy Barona Cohena (Freddie był wyższy i bardziej muskularny), ale moim zdaniem naprawdę dobrze „wszedł” w rolę. Mimika, gesty, choreografia sceniczna – widać było, że ten Egipcjanin z pochodzenia solidnie odrobił pracę domową. Mnie przekonał swoją bardzo zaangażowaną emocjonalnie i popartą świetnym warsztatem aktorskim kreacją. Widziałem w nim Freddiego. A to, że miał inną barwę oczu czy że dorobiono mu trochę karykaturalne zęby, to bardziej ciekawostka niż poważna wada.

Kadr z filmu Bohemian Rhapsody – filmowy Brian May

Film w kinie obejrzałem trzy razy. Za każdym razem z zupełnie różnymi osobami: fanami, nie-fanami, z moją Mamą. Opinii, co oczywiste, było wiele i były one bardzo różne. Co ciekawe niektórzy uważali, że pokazano zespół stale skłócony. Większość fanów jest zdania, że konfliktów w filmie niemal nie widzimy, jednocześnie przecząc samym sobie, bo przecież to konflikty doprowadziły do rozpadu zespołu. No właśnie… Żadnego rozpadu nie było! To kolejna nadinterpretacja wielu z Was. W Bohemian Rhapsody nawet przez moment nie ma mowy o „rozpadzie”, a o zawieszeniu, które, jak wiemy, istotnie miało miejsce. Zresztą słowa wypowiedziane przez Freddiego w filmie: „Queen przetrwa”, rozwiewają wszystkie wątpliwości. A to, że Brian i Roger nagrali płyty solowe przed Freddiem i o tym w produkcji nie ma mowy? Cóż to za argument? Przecież nie możemy nawet na jednej szali zestawiać ich komercyjnego potencjału i wpływu na zespół. Wiadomo, że solowy krążek Mercury’ego nie mógłby przejść bez echa.

Wielkim atutem filmu jest to, że przemyca on różne smaczki, często puszcza oko do tych fanów, którzy naprawdę znają dobrze historię swojego ulubionego zespołu. Tak jest choćby w momencie, gdy Freddie pyta Johna, czy riff do Another One Bites the Dust jest jego. Wymowne, pozbawione komentarza spojrzenie Johna daje nam do zrozumienia, że jego nie jest. Takich smaczków pojawia się więcej. Ja nawet jako jeden z nich potraktowałbym to, że w filmie przez chwilę pojawia się Adam Lambert. Niektórzy uważają, że pokazanie go w roli kierowcy tira, który wzbudził zainteresowanie Freddiego, to żenujące przegięcie. A ja uważam, że to zabawne nawiązanie do tego, że Adam – chcąc nie chcąc – zastępuje na koncertach Freddiego i sam też jest gejem. To, że jego ciężarówka miała napis „Mack”, to inna kwestia, bo z pewnością wątek legendarnego producenta i przyjaciela Mercury’ego wypadało pokazać inaczej, a nie tylko zaakcentować (w dziwaczny sposób), że ktoś taki był.

Kolejnym mocnym punktem filmu jest humor. Niektóre dialogi (a częściej poszczególne pochodzące z nich zdania) są przezabawne. A przebitka na Raya Fostera oglądającego Live Aid z butelką whisky rozbawiała mnie do łez. Te ostatnie występowały też u mnie często ze wzruszenia. Nawet wtedy gdy pokazywane były niezgodne z prawdą sceny, gdy Freddie jeszcze przed Live Aid zdawał sobie sprawę z ciążącego na nim wyroku śmierci. Jak wiemy, tak nie było. Ale w tym wypadku – skoro założono, że fabuła zakończy się na Live Aid – jestem w stanie zrozumieć także to przeinaczenie i uproszczenie. Podobnie zresztą jak „fakty” związane z dołączeniem Farokha do Smile czy jego znajomością (zwłaszcza początkową) z Mary. Ale podkreślam raz jeszcze: fabuła z założenia pozwala na takie rozwiązania. Tym właśnie różni się film fabularny od dokumentalnego.

Kadr z filmu Bohemian Rhapsody

Cieszę się, że wróciła ogromna moda na Queen i zainteresowanie tym zespołem. Cieszę się, że Queen znów jest szalenie popularny na całym świecie. Cieszę się, że nasza ukochana grupa jest znów nie tylko dla nas najlepsza i najważniejsza na świecie. Wierzyliście, że takie coś może nas jeszcze kiedykolwiek spotkać? I choćby tylko z tego względu powinniście ten film docenić. Spełnił on swoją misję. Moim zdaniem stosunkowo niewielkim kosztem wizerunku Freddiego. Lider Królowej nie przegrał na tym obrazie. Zespół wygrał z pewnością.

autor: Michał Bigoraj

korekta: Paweł Kukliński

skład i wybór zdjęć: daga

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

× seven = seven